Droga do Rumunii okazała się koszmarem z kilku powodów - klimatyzacja w aucie padła kilka dni przed wyjazdem, dwupasmówką jechaliśmy tylko kawałek przez Węgry a rumuński ruch drogowy to koszmar dla (hłe hłe) Europejczyka. Wyjazd o 3 nad ranem i dojazd na miejsce 9 wieczór to bite 18 godzin z jednym tylko dłuższym postojem. Okolica zamieszkana jest w zasadzie wyłącznie przez Węgrów, więc wszelkie próby dogadania się w języku mającym cokolwiek wspólnego z łaciną idą na marne, jedyną pomocą jest kreślenie piktogramów na kartce. Pensiune jest jedyna zrozumiałą nazwą, właściciel zdaje się rozumieć nasz plan - zostawiamy auto u niego w ogródku i wracamy po nie za około tydzień.
Pierwszy grzbiet to przedziwny miszmasz skalny, gdzie chwilami wyłaniają się wapienne turnie (jak pod Krakowem) a później wyłazi typowy flisz karpacki. Droga w sam raz na rower, pierwsze spotkanie z psami pasterskimi rozgrywamy defensywnie szybko przekraczając tętno maksymalne. Przepiękne wypłaszczenie z małym bajorkiem zatrzymuje nas na nocleg - jest zbyt pięknie by jechać dalej. Nocleg koło Belgijskich skautów wyglądających trochę jak wychowankowie poprawczaka a jednocześnie bardzo sympatycznych. Okazuje się, że przyjechali oni pomagać Rumunom usuwać skutki powodzi, jednak ludzie nie bardzo chcieli ich pomocy więc poszli w góry.
Mijamy po drodze opuszczone schronisko górskie, co wprowadza przygnębiający nastrój. Ogromne dziury w ziemi co jakiś czas są zapewne jednym z szalonych acz niezrealizowanych pomysłów niedawnego dyktatora. Goni nas burza, mimo sprężu w końcu chowamy się przed deszczem pod rozłożystym świerkiem (nie, nie wolno stojącym..) Grzbiety zwieńczone połoninami otaczają nas z każdej strony. Ciężkie ołowiane barwy nieba nie odbierają soczystości zieleni. Co rusz spotykamy stadka owiec pilnowane przez pasterza z psami. Gdy nasze pasemko zaczyna wygasać a jazda wspomagana grawitacją robi się coraz szybsza wyskakuje na mnie kilka psów. Panowie dojeżdżają biorąc kije w dłoń i dokonujemy odkrycia! Psy panicznie wręcz boją się człowieka z kijem! Od tej pary przy każdym z plecaków mamy przytroczony ładny okorowany kij, który niczym miecz z pochwy na plecach wyciągamy gdy tylko biegnie na nas sfora kundli.
Kilometry upływają na jeździe kamienistymi drogami po połoninach, kark boli bardziej od rozglądania się niż od plecaka. Braki w żarciu to poważny kłopot bo sklepy są tylko w większych wsiach, jednego wieczoru dojeżdżamy już po ciemku do wsi by kupić cokolwiek do jedzenia. Trudno znaleźć nocleg po niedawnej ulewie, zwłaszcza że jest ciemno, ostatecznie decydujemy się na pastwisko. Interesujący nas grzbiet okupiony jest całodniową jazda przez błotną drogę w głębokiej dolinie. Wrażenia jak w Bieszczadach. Zgodnie z przypuszczeniami, droga kończy się składem drewna, więc wrzucamy rowery na grzbiet (własny..) i mozolnie pniemy się pod górę. Szczęśliwie ścieżka u góry już jest, jedynie coś, co na mapie widnieje jako szałas, jest zaśmieconym blaszanym schronem turystycznym. Wybieramy namiot.
W zupełną konsternację wprowadza nas kolejna horda psów biegnąca w naszym kierunku. Gotowi na oganianie się kijami spostrzegamy że "pieski" przybiegły się pobawić.. Agresja zero.
Kąpiel w rzecze psuje dzieciństwo kilku dzieciom z jakiejś zbłąkanej wycieczki gdy podchodzą do skarpy i widzą trzech włochatych, nagich endurowców stojących po kolana w rzece. Na wjeździe do miasteczka tradycyjnie kolorowa wioska cygańska, furmanka to wciąż powszechny środek transportu.
Brak mapy jednego fragmentu gór skłania nas do wycieczki do Targu Secuiesc po mapy. Małą, choć nawet dokładną mapkę udaje się zdobyć, w mieście zagaduje nas pani z dzieckiem po czym wyrzuca z siebie "Polak Węgier dwa blatanki i po sabli i do sklanki" po czym odchodzi. Wracamy na przełęcz by wznowić grzbietowanie. Nocą Alek dostaje gorączki i trzęsie się jak w febrze. Być może groszek, który wbrew woli producenta wykiełkował w puszce mu zaszkodził.. Krótka kalkulacja i okazuje się, że nim Alek dojdzie do siebie (czyli co najmniej jeden dzień) to i tak będziemy musieli wracać, bo czas mamy mocno ograniczony. Zapada decyzja o powrocie. Pociągi rumuńskie zaskakują nas tym razem negatywnie bo konduktor upiera się na sporą zapłatę za rowery. Dziadek w pensiune tym razem nie próbuje nas już w ogóle rozumieć, gdy okazuje się, że chcemy jedynie prysznic przed jazdą a nie nocleg. Powrót przez Rumunię nocą okazuje się już łatwiejszy, bo mało jest tirów i furmanek na drogach a trasa mniej więcej znana.




























