galeria z wyjazdu na dole posta
RUMUNIA 2009
Kilka zmian zaszło – ekipa trochę zmieniła skład, ruszyliśmy w piątkę. Dużą zmianą była przesiadka na fulle z hardtailów.
Początek tradycyjnie zaczął się od przepraw z PKP, czego następstwem był nocleg przy przejściu granicznym. Dojazd do Lwowa a dalej do Worochty już szybszy, jednak dzień swoją pogodą nastrajał fatalnie.
Niedokończona Ukraina nie dawała mi spokoju, dlatego też zdecydowaliśmy o poświeceniu dwóch dni na Czarnohorę i Świdowiec.
Jak mówili miejscowi, na zdobywanie grzbietu Czarnohory mamy pierwszy słoneczny dzień od kilku tygodni. Wybór między żmudnym a wykańczającym podejściem nie jest łatwy, mimo to przedzieranie
Aby wszystko jako tako wyglądało – należy wrócić wzdłuż granicy w góry na wysokość Czarnohory i.. mamy pierwsze pasmo górskie zwane Maramoresz. Nazwa niektórym kojarzy się z morzem, my uważamy, że dobra jest do straszenia dzieci. Rumuńska straż graniczna nie ma nic przeciwko jechaniu na rowerach wzdłuż granicy ukraińsko rumuńskiej, ostrzega nas tylko o dużych konsekwencjach jej przekroczenia nawet o krok. W głąb gór prowadzi wygodna szutrówka, którą jeździ sprzęt leśny, co jakiś czas spotyka się opuszczone budynki, chaty, szopy. Nieprzypadkowo, w czasach komuny władze zsyłały tam niewygodnych obywateli niczym Rosja na Sybir. Bo tam NIC nie ma. Droga się kończy, ruszamy z buta potokiem na grzbiet. Dzień się kończy, niektórzy cały czas zmagają się jeszcze z „echami” kłopotów żołądkowo-jelitowych. Noc na grzbiecie, 50m od granicy. Wiatr szarpie namiotami, znów czuć niepokój.
Ouuuiii!!! Chrum chrum chrum… Budzi nas stado dzików koło namiotów, szczęśliwie mniej natarczywych niż te w Katowicach. Podziwiając Czarnohorę mozolnie jedziemy czymś, co ktoś kiedyś nazywał drogą. Teraz pokryte jest mchem i trawą, co hamuje koła gorzej niż błoto w Danielkach. Cały czas poruszamy się wzdłuż wyimaginowanej linii, którą zobaczyć można jedynie na mapie politycznej. Cały czas 20m od nas ciągnie się wygodna szutrówka, szeroka tak, że moglibyśmy jechać „ławą” Ale nie! Tam jest Ukraina, nie wolno! Wolimy nie narażać się na kontakt z mundurowymi, ci ukraińscy nie należą do przyjemnych.
Arkusz mapy „pięćdziesiątki” kończy się, małe pasmo Bargau trzeba pokonać przy pomocy poglądowej ”czterysetki”, bez siatki gps. Węgierski wydawca kartograficzny uznał, że to zbędne, aby obszary na mapach choćby „stykały” się krawędziami, kto by chodził po jakimś Bargau… Poglądówka szybko okazuje się warta.. nic nie warta, kompas w tych mocno zalesionych i podmokłych górach jest jedynym punktem odniesienia choć i on zdaje się głupieć. Ogryzione szkielety zwierząt na podmokłej polance działają mobilizująco. Wszak to okolice Drakuli! Całodzienne jechanie na azymut i intuicję kończy się pod zamko-hotelem „Dracula” w Piatra Fântânele, tu bowiem autor osadził akcję powieści. Wprawdzie to literacka fikcja a „nawiązujący” hotel przypomina tandetny hollywoodzki zamek Gargamela - wierzących w legendę wciąż nie brakuje. U podnóża gór Calimani leży wioska Dormişoara powstała na potrzeby kamieniołomu i przemysłu drzewnego. Robi spore wrażenie – same domy z drewna, część opuszczona, wysokie płoty z desek, we wsi dominuje.. droga i bar. Nie ma nawet zasięgu gsm. Nocleg na skraju wsi, kąpiel w rzece, kolacja z ognia, jak zawsze..
Góry Calimani, jak większość gór rumuńskich, są dzikie, opustoszałe, a ludzie pojawiają się tam tylko w celach gospodarczych. Drewno, kruszce, minerały. Szlak grzbietowy odpuściliśmy, ponoć niezdatny do jazdy. Skusił nas trawers szczytu
Pogoda wymarzona, dzień za dniem słoneczny i suchy. My mamy dość, bo dwa pełne bidony starczają na parę kilometrów, wysoka temperatura podwójnie męczy. Kolejne pasmo, które pokonujemy to Giurghului – czujemy się tu jak w Beskidzie Niskim. Niby lekko i przyjemnie… Ale czemu zdobycie gównianego szczytu wymaga 400m podjazdu? I nic w zamian, ani widoki ani zjazd, bo nasza jazda polega na ciągłym kluczeniu, gapieniu się w mapę i gpsa. Jeżeli jest szlak – to nie chodzony, chwilami zdaje się, że szlakarz malował znaki nawet udając się w
Trudno podsumowywać góry Rumuńskie, bo za mało tam jeździłem. Wiadomo, że ze szlakami nie jest najlepiej, a znalezienie odpowiedniej ścieżki może być ruletką. Każdy jednak, kto chce trochę zdziczeć, nie martwić się zakazami i nakazami oraz podziwiać nieskończone przestrzenie i góry po horyznot mogę polecić wyprawę do Rumunii.
W tym roku wracamy w oklolice Sandominic by dalej podążać
wzdłuż łuku Karpat, wyprawa trwać będzie prawdopodobnie do 2011 roku. Ekipa CMC chce podziękować sklepowi Just Sport za pomoc w organizacji oraz Karolinie za nadsyłanie prognoz, rozkładów rad zdrowotnych itp.


