CMC 08 - Ukraina

galeria na dole posta


UKRAINA 2008


Do Zagórza, gdzie skończyliśmy SPMC, zawiózł nas pociąg. Stamtąd asfaltowy spacer do Ustrzyk Dolnych i nocleg w schronisku młodzieżowym. Wczesnym rankiem wsiadamy w internacjonalny pociąg „przemytnik” do Chirowa przez przejście w Krościenku. Wypełnianie jakichś immigration cards przypomniało nam, że Unia zostaje za nami. Gdy pociąg opuszcza przejście, wszyscy pasażerowie zaczynają gorączkowe przygotowania do „załadunku”: odkręcanie półek, odkręcanie siedzeń, odkręcanie wszystkiego. Pociąg dojeżdża do stacji Chirów a „turyści” stoją już przy drzwiach niczym w blokach startowych. Po zatrzymaniu wszyscy (łącznie z siedemdziesięciolatkami) ruszają do sklepiku sprintem godnym Usseina Bolta, by zakupić papierosy, jak najszybciej wrócić do wagonu i poupychać je w każdym możliwym zakamarku na czas drogi powrotnej przez granicę.
Dojazd do Użoka minął asfaltowo, spotykane samochody zaczynały się na wojskowym demobilu a kończyły na najnowszych ekskluzywnych wozidłach z Japonii lub Niemiec
Od public relations jest w ekipie płynnie mówiący po ukraińsku Alek. Dzięki temu dowiadywaliśmy się gdzie we wsiach są sklepy (często tak zakamuflowane że tylko pytanie tubylców pozwalało je znaleźć), ścieżki na grzbiety lub droga tam, gdzie chcemy jechać. Wieczorem kolacja (zwana pulpą) otrzymała wkładkę w postaci paluszków krabowych. Ot luksus! Za 4 hrywny..
Dostanie się na pierwszą połoninę okazuje się być wcale niełatwe. Dróżka szybko znika pod dziesiątkami zwalonych drzew, trzeba ruszyć stromo w górę przez las pełen kłód i krzaków malin, niosąc rower na plecach. Dźwięk krowiego dzwonka w środku lasu wzbudza nadzieje, że to koniec udręki. Nie… krowa pasie się w lesie! W końcu wychodzimy ponad granicę lasu. Przed oczami otwiera widok połoniny ciągnącej się po horyzont. Uczucie ogromnej przestrzeni wszechogarniające, tylko jechać.. Połonina Pikuja w większości pokryta jest borówkami, grzbietem wiedzie ścieżka wygodna dla jednego, szczupłego pieszego. Jazda krętym rowkiem okazuje się trudna, co więcej każdy skręt opóźnia 10kg garb na plecach. Chwila dekoncentracji i bach korbą w ziemię. W praktyce sporo prowadzenia, bo ścieżka jest miejscami zbyt wąska i naszpikowana kamieniami. Wypogadza się, więc możemy cieszyć się widokami – za plecami Polskie Bieszczady, na prawo połonina Równa a przed nami majaczy Borżawa. Spotkanie z pasterzami jeżdżącymi na oklep, którzy zbliżali się do nas galopem na rżących koniach wyrywa mnie z małej drzemki, którą właśnie ucinam na krótkim postoju. Kilka słów i rozjeżdżamy się w swoje strony. Pikuj 1402m zdobyty pod wieczór. Znalezienie odpowiedniego szlaku do zjazdu okazuje się trudne, zdajemy się na intuicję, bo przedwojenne mapy nie są szczególnie dokładne. Dzień się kończy a my nie mamy ani jedzenia ani wody do noclegu na górze. Nie obyło się bez „chaszczowania” przez paprocie wielkości tych przez które i dinozaury łaziły. W końcu jednak szlak sprowadza nas do wioski ścieżką równie wąską jak grzbietowa. Trafiamy dokładnie tam, gdzie trzeba. Zakupy dokonane w sklepie mieszczącym się w ganku drewnianego domu. Właściciel domu opowiada, że nie czuje się Ukraińcem i wolałby albo do Czech albo do Rosji. „Jajca” i szczypior na rano, wieczorem znów pulpa. Mimo, że naszym schronieniem są same tropiki, całonocna burza nie wyrządziła najmniejszej szkody. Do Wołowca docieramy asfaltem, częściowo nawet międzynarodową drogą szybkiego ruchu. Melancholijne krowy z pełnym spokojem przełażące przez drogę dosłownie metry przez rozpędzonym tirem można zobaczyć chyba tylko na Ukrainie. W Wołowcu zakupy - między innymi chałwa, która kosztuje grosze a jest chyba najlepszym źródłem energii. Nocleg na połoninie Borżawa wymaga pokonania jeszcze tylko kilometra… w pionie. Panowie z obsługi stacji radiowej po drodze proponują odpłatne noclegi. W cenie tradycyjne całonocne picie wódki.. Wybieramy świeże powietrze, zdobywamy Hrad i rozbijamy namioty na grzbiecie. Jesteśmy absolutnie sami, w powietrzu czuć niepokój. Wychodzi księżyc, jednak szybko przysłaniają go ponure chmury. Wiatr szarpie namiotami, zaczyna się ulewa. W drugim namiocie chłopaki trzymają namiot na zmiany by nie odleciał. Nasz, z fartuchami przyłożonymi kołami rowerowymi, dzielnie stawia opór wichurze, jednak para skroplona wewnątrz namiotu co chwila spada nam na twarze, wyrywając z płytkiego snu.

Poranek mglisty i chłodny. Mamy jedynie zupki chińskie, które pałaszujemy na sucho, bo do wody daleko. Jazda jest bardziej komfortowa niż na Pikuja, bo ścieżka ma już normalną szerokość. Gonią nas przelotne deszcze, które udaje się jakoś omijać, jednak widok z grzbietu nie pozostawia złudzeń że wyrok zapadł. Co gorsza mała ilość wody w bidonach szybko znika a puchnące w żołądkach makarony domagają się dużo więcej. Wreszcie długi zjazd do Riczki. Temperatura wzrasta z każdym w dół pokonanym metrem, więc szybko wracamy do krótkich koszulek. Drugie śniadanie w sklepie, gdzie zakupy robi młodzież z grającymi heavymetal komórkami a pani podlicza ceny produktów na liczydle, jakie znamy z przedszkola (do dziś nie rozpracowałem systemu w jaki dokonuje tych rachunków). Pogoda zdaje się być coraz mniej tolerancyjna dla naszego lenistwa pod sklepem. Parę kilometrów dalej, jadąc doliną, dopada nas oberwanie chmury. Jesteśmy przemoczeni, temperatura gwałtownie spada. Po kilkunastu kilometrach, w Mezgorje, zapada decyzja o noclegu w hoteliku, bo robi się późno a deszcz nie ustępuje. W pokojach spadek po socjalizmie widać na każdym kroku. W dołączonej łazience kran obsługuje jednocześnie umywalkę i kabinę prysznicową. Jednak liczy się, że sucho i ciepło. Obiadek jemy w „restauracji” – ryby (jak się później okazuje) odgrzewane w mikrofalówce.

Kolejny dzień od rana straszy przelotnymi deszczami, droga którą mamy pokonać do podnóża połoniny Krasnej upływa na zabawie w berka z ulewami. Azylem są knajpki gdzie z braku lepszego zajęcia raczymy się lokalnymi alkoholami, przegryzając suszonymi rybami. Popołudniem zabieramy się na połoninę. Wieś Kołoczawa założona przez zbuntowanych polskich chłopów wyróżnia się świeżo wyremontowaną cerkwią i kościołem koło niej. Nie wyróżnia się natomiast brakiem utwardzonej drogi i powszechnym rozgardiaszem tam panującym. Wzbudzamy spore zainteresowanie, kilku chłopców pokazuje nam drogę na połoninę, jednak moją próbę zrobienia im zdjęć kwitują lecącymi na mnie kamieniami. Długi i żmudny podjazd na grzbiet najpierw przez las, potem pastwiska, podczas którego wpierw zlewamy się potem by u końca zawijać się z zimna w kurtki. Sam grzbiet okazuje się zupełnie zaskakujący. Spodziewamy się ścieżki, wita nas droga szerokości autostrady. Jak się chwilę później okazuje – to trasa gazociągu, dla budowy którego „przycięto” grzbiet. Ukraińska fantazja widocznie nie pozwoliła poprowadzić go dołem. Nasz nocleg ma miejsce 150m poniżej grzbietu, gdzie zjeżdżamy po superstromych borówkach. W zasadzie można rozpalić ognisko od tarcz hamulcowych. Robi się coraz zimniej, właściciele cieńszych śpiworów owijają się folią NRC na noc. Termometr w liczniku wskazał 2 stopnie.

Poranny powrót na grzbiet po tych samych grząskich krzaczkach borówek, w piekącym słońcu, przyprawił cześć grupy o myśli samobójcze. Pocieszający był jednak widok półdzikich koni na grzbiecie i perspektywa wygodnej drogi kilka metrów ponad mknącym (pewnie również do Polski) węglowodorem. Jazda grzbietem zakończyła się równie ostro jak wjazd na niego, więc zjazd miał 1km przewyższenia na ledwie sześciu kilometrach długości. Zwierzęcą wprost radość zjazdu psuje patyk urywający mi hak przerzutki. Jesteśmy już w Uść Czornej, więc udaje się nabyć pilnik w sklepie „szwarc mydło powidło” i dopasować zapasowy hak Wieśka. Na dole bardzo ciepło a zmęczenie odczuwamy wyraźnie, dlatego siedzimy we wsi dobre 3 godziny popijając kolejne kawy i obserwując pędzące Ziły wyładowane kłodami drewna. Nie jesteśmy jedyni w tym zajęciu, jest to jedyne bardziej absorbujące zjawisko we wsi. We wsi na dole nikt nie wie jak dotrzeć na grzbiet Świdowca, plany na następny dzień są zgoła przełajowe. Czujemy pewne niepokoje żołądkowe, dlatego przed samym snem zażywamy „lekarstwa” jakie zażywają chyba wszyscy Zakarpatianie ( a kosztuje tam grosze). Rano jedynym wciąż odczuwającym te problemy jest Adrian, który odmówił przyjęcia „lekarstwa” (więc działa!). Decyduje jednak, że może jechać dalej, tym bardziej że musi się dostać do linii kolejowej w Jasinii za tym pasmem (by wrócić do domu, bo urlop krótki). Słońce grzeje niemiłosiernie, pchamy rowery najpierw drogą prowadzącą do malutkiego monastyru głęboko w lesie, potem zupełnie na przełaj. I znów krowy w lesie, tym razem wypasane przez dwójkę dzieci które prowadzą nas na grzbiet. I nagle widzimy wygodną terenową drogę, ciągnącą się przez całą połoninę… skądś z dołu musiała prowadzić, podczas gdy my chwilami nieśliśmy rowery! Adrian czuje się słabo. Zatrzymujemy jadący samochód terenowy, by podwieźli towarzysza na szczyt, z którego jest już zjazd na przełęcz a potem do Jasinii (i linii kolejowej). Nie obyło się bez wódki i obowiązkowego toastu. Niestety Ukraińcy nie do końca zrozumieli nasze intencje (toast z nami nie był pierwszym) i wysadzili chorego sporo za wcześnie. Dalsza jazda jest dla Adriana męczarnią, której w końcu organizm odmawia. Nie dotarliśmy do przełęczy a nasz kompan ma potworne skurcze żołądka uniemożliwiające jazdę. Ludzie jadący terenówkami w kierunku polodowcowych jeziorek odmawiają pomocy spiesząc na całonocną imprezę. Jak wszędzie na Ukrainie, doskonały zasięg mają nasze telefony, jednak 112 to biuro numerów, połączenia na numery pogotowia czy policji nie są odbierane a ambasada RP wita nas automatyczną sekretarką informując że pracują do 17. Znalezione w przewodniku numery ukraińskiego GOPR nie są nawet aktywne a sympatyczna pani z firmy ubezpieczeniowej gdzie Adrian wykupił polisę powiedziała że takimi rzeczami się nie zajmują. Jesteśmy w kropce, nasz kompan czuje się fatalnie. W końcu, z ostatniego przejeżdżającego samochodu zdobywamy numer do jakiegoś lokalnego GOPR, który zgadza się nam pomóc. Po zmroku, gdzieś daleko na połoninie, słyszymy dźwięk silnika. W oddali pojawia się snop światła jak z filmów o UFO. Na nasze mruganie latarką słychać klakson.. Tak tubalny, że słyszany pewnie i w Rumunii.
Po kilkunastu minutach dojeżdża do nas pojazd, będący jeszcze bardziej ”uterenowioną” wersją Ziła, jednak w wersji typu bus. Wyskakuje z niego trzech panów, ich kierownik jest pierwszym konkretnym i trzeźwym człowiekiem z którym rozmawiamy tego dnia. Rowery trafiają do kosza na zewnątrz, my do środka. Kierowca prowadzi tego kilkutonowego potwora ciemną, krętą i wertepiastą drogą rozmawiając przez telefon. Dwukrotnie zatrzymuje się też na toast z ludźmi imprezującymi na skraju drogi. Nowy, a w zasadzie stary wymiar biopaliwa. Zjeżdżamy do Uść Czornej, gdzie Adrian trafia do szpitala stając się jedynym pacjentem, a my spędzamy noc w namiotach nieopodal. Fantazja władz socjalistycznych pozwoliła im postawić 3 piętrowy szpital w kilkuset domowej wiosce oraz „turbazę” czyli obiekt turystyczno wypoczynkowy na 5 pięter. Teraz stoją i niszczeją. Mając osłabionego ale już zdrowego kompana w składzie decydujemy się na wspólny powrót do kraju przez Rachov i Lwów, pogoda ma się utrzymać jeszcze tylko jeden dzień. Decyzja słuszna, niedługo później na Ukrainie była powódź..

Gdy myślę o wyprawie i Zakarpaciu (Ukraina)– zastanawiam się jak może funkcjonować naród który przez większość czasu jest pijany? Jak coś może udawać się w tym rozgardiaszu? Mijały nas zupełnie luksusowe samochody jadące po drogach gdzie asfalt był tylko teorią a ludzie w rzece koło niej prali swoje rzeczy. Domy kryte strzechą z anteną satelitarną. Chłopiec wypasający konie na połoninie korzysta z wszechobecnej sieci GSM. Wszystko nie pasuje do siebie, jest groteskowe lub niezrozumiałe. A jednak chce się tam wracać, ujrzeć te ogromne przestrzenie czy posłuchać śpiewnie mówiących ludzi. Pociąga ten trochę tandetny klimat ukraińskich wiosek i poczucie wszechogarniającej prowizorki. Spuścizna związku radzieckiego widoczna jest wszędzie jednak jakoś.. pasuje.