UWAGA! Czytaj sobie spokojnie, akurat się zdjęcia załadują..
albo obejrzyj je tutaj (wyższa jakość)
Trudno nie skojarzyć mozolnego, wielogodzinnego wspinania na połoninę z burzliwą relacją z ukochaną kobietą. Doznajesz tego wspaniałego uczucia ekstazy, ta chwila kiedy czujesz że warto. Choć bywa ciężko. Zapominasz o wszystkim co za tobą, wszystkich ciężkich chwilach, teraz jesteś na szczycie (u szczytu..) i jest pięknie. Pierwsza feministka już wyważa drzwi by poćwiartować autora za to porównanie.
Nasze wyjazdy zaczynają się wcześniej, niż w dniu wyjazdu, bo przygotowań jest niemało, tym razem doszedł jeszcze kłopot braku map obejmujących „zakręt” łuku Karpat. Pomocne okazało się Google Earth, za pomocą którego narysowana została trasa, później załadowana na odbiornik GPS.
Dostać się do Rumunii bez samochodu nie jest łatwo, zwłaszcza że człowiek z rowerem zawsze jest intruzem w pociągach czy autobusach. Z Sambora do Sołotwyna dostajemy się samochodem dostawczym, którego kierowca na koniec oczywiście naciąga nas na cenie.
W rumuńskich pociągach jest już łatwiej, konduktora zadowala drobna zapomoga na piwo (skądś dowiedział się, skąd jesteśmy i jak jest piwo po polsku), rowery jadą spokojnie w korytarzu, ze skręconymi kierownicami.
Śmierdzący i niewyspani zaczynamy jazdę o 6 rano w Sfintu Gheorge, lepsze to jednak niż podsypianie na stacji kolejowej. Mimo dość dokładnie narysowanej trasy, z przełęczy, gdzie skończyliśmy rok temu, ruszamy rzekomym szlakiem turystycznym, innym niż nasz googlowy. Szlak znika oczywiście w zaroślach, jest jednak na tyle wysoko, że nie warto wracać na przełęcz. Po wielu przekleństwach podczas przebijania się przez zarośla lądujemy na grzbiecie i właściwym szlaku. Po raz pierwszy zaopatrujemy się w kije nadające nam groźnego dla psów pasterskich wyglądu. Jeżeli tylko jednak pasterz jest w zasięgu wzroku, zdąży on odgwizdać swoje czworonogi, nim nas otoczą i jazda nie sprawia problemów. Szlak przypomina te bardziej zapomniane w Beskidach, jednak w zasięgu wzroku tylko coraz bardziej niebieskawe góry i nieliczne osady. Nagły szelest okazuje się być spłoszonym niedźwiedziem, ten jednak ucieka niemal w podskokach, co jakiś czas stając na tylnych łapach i by przyjrzeć nam się dokładniej. Z jednej strony wiemy że żaden zwierzak nie ma interesu w konfrontacji i może go interesować jedynie jedzenie, ale „stary niedźwiedź mocno śpi” śpiewane w przedszkolu zaszyło nam pewien lęk gdzieś dużo głębiej niż sięga racjonalizm.
Lacauti (1777m) zdobywamy szybko i bezboleśnie, widok z dachu stacji meteorologicznej to wciąż niekończące się góry, bledniejące aż po horyzont. Widoczne w oddali Penteleu (1776m) ma niemal tę samą wysokość, jednak po drodze jest jeszcze głęboka dolina i konieczność zrobienia zakupów. Wieczorny luksus – szaszłyki robione na zapasowych szprychach i nocleg na pryczach wyłożonych słomą i świerkowymi gałęziami w starym, ale wciąż użytkowanym przez pasterzy budynku na przełęczy. Spotykamy też Francuza, który samotnie przemierza pieszo łuk Karpat od 70 dni - zaczął w Wiedniu i zdąża do Serbii.
Zdobycie Penteleu okupione jest wielogodzinnym wysiłkiem, bo droga jest średnio przejezdna, chwilami topimy się w błocie po ośki. W końcu droga staje dęba, aż wreszcie znika, ale nie spodziewaliśmy się niczego lepszego. Na grzbiecie, sądząc po odchodach, najczęściej pojawiają się niedźwiedzie. Wspomniane „resztki” obklejają opony wyjątkowo trwale, woń za to jest bardziej przenikliwa niż ta z choinki zapachowej. Towarzyszące nam muchy zdają się wręcz uśmiechać, my mamy niemal mdłości. Okupiony przebijaniem się przez chaszcze szczyt Penteleu gości nas oszałamiającym widokiem, widać jednak zbliżającą się burzę, a po ilości spalonych drzew widać, że pioruny lubią to miejsce. Kilka zdjęć i jazda w dół, przeszło kilometr deniwelacji.
Burza ledwie nas zahacza, ale na moment, zaś wypatrzona w googlu stokówka ma nas doprowadzić do Colonie Siriu, nieco większej wsi. Bo w tej dolinie - nie ma żadnej…
Wyjątkowo strome zbocza wymagały używania dynamitu przy budowie drogi, nikt jednak nie umocnił ścian, które teraz kruszą się odłamkami wielkimi jak telewizory. Mimowolnie ściszamy głosy, nie chcąc naruszyć kruchych ścian pełnych odłamków, które są jeszcze w górze. Miejscami rowery trzeba przenosić nad rumowiskiem, bo droga już nieprzejezdna. Jazda w ciszy skutkuje kolejnym spotkaniem z niedźwiedziem, nawet dwoma. Miśki nikną szybko w gęstych zaroślach, odtąd zachowujemy się jak rozwrzeszczana wycieczka, by uniknąć takich spotkań, zwłaszcza że przed chwilą spotkaliśmy matkę z młodym, co może być już niebezpieczne. Nawet śpiewamy piosenki („stary niedźwiedź”, a jakże), czego trzeźwi faceci na co dzień nie robią. Zapomniana droga w zapomnianych górach zanika, mimo że narysowany ślad w GPS każe jechać dalej. Bliski zmrok i zmęczenie to powody, aby zawrócić, po ciemku już zjeżdżamy znów na dno doliny. Mijamy barakowóz drwala, który tylko uśmieszkiem kwituje nasz odwrót. Później, w Polsce, okazało się, że dalsza droga, owszem, była, ale dotarcie do niej wymagało przebijania się kilkaset metrów przez młodnik. Planowanie trasy jeszcze w domu, w piwem w ręku, ułatwia bagatelizowanie takich problemów. Co tam, jakiś głupi młodnik, ledwie 200m w pionie, hej!
Z Colonie Siriu znów trzeba wydostać się na stokówkę. Pytanie tubylców, zwłaszcza pokazując im mapę w GPS, wprowadza tylko mocne zamieszanie, upór jednak pozwala odzyskać honor, bo stokówka rzeczywiście jest na swoim miejscu. Jest mozolnie i nudno, dookoła drzewa, na poboczach porzucone sprzęty leśne. I tak przez dobre 20km. Co rusz spotykamy ślady króla puszczy, człowiek w tych okolicach pojawia się tylko po drewno.
Połonina przyjmuje nas szczekaniem psów i nisko zawieszonym niebem i wydaje się, że można oprzeć rękę o chmury nad głową. Kolory są łagodniejsze, odpoczywamy po kilku dniach silnego słońca.
Góry Ciucas atakujemy niemal podstępem, ciasną dolinką, która miejscami zamienia się w kanion. Strumyk niknie pod piachem, którym wygodnie kulamy się w górę, spuściwszy wcześniej trochę powietrza z kół. Miejscami zlepieńcowe skały są tak blisko siebie, że rowery nie mieszczą się na szerokość kierownic. Sielanka kończy się, gdy trzeba je wrzucić na plecy, szczęśliwie to już końcówka. I znów doznajemy zachwytu, a przykrości związane z podejściem idą w niepamięć. Rozłożyste połoniny złocące się w popołudniowym słońcu, po których powoli płyną stada owiec i dostojnie stąpają szczęśliwe krowy.. Na koniec jeszcze wyśmienity singielek w lesie, szkoda że zmęczenie nie pozwala bawić się na całość. Cabana Ciucacs (schronisko Ciucas) nie jest klimatycznym starym budynkiem, a hotelem górskim. Okazuje się że właściciel jest skłonny ugościć nas za połowę ceny, korzystamy z luksusu za małe pieniądze. „Ciukasy” pełne są wystających ostańców ze skał osadowych, krajobraz iście księżycowy!. Ścieżka wije się fantazyjnie pomiędzy nimi, raz stromo w dół, raz rower na plecach. Gęby roześmiane szeroko, gdy już lądujemy na przełęczy i wkraczamy w kolejne pasmo. Góry Grothis to wielka połonina, gdzie nawet niewiele jest pasterzy. Nie brakuje natomiast Cyganów zbierających borówki, którzy wesoło odwzajemniają nasze „salut!”.
Nasz szlak pokrywa się ze szlakiem turystycznym, określonym na mapie jako „stare, słabiej widoczne oznaczenia”. W rzeczywistości nie ma ich w ogóle. Co gorsza, jakiekolwiek pasmo ubitej trawy, po którym da się jechać, staje się wspomnieniem. Kępy bujnego zielska obrośnięte tą delikatniejszą, zjadliwą dla owiec trawą czynią jazdę bezsensowną. Godziny w mijają w skwarze, brzęczeniu much i nadziei, że już za górką będzie dało się jechać. Da się! A nie, tylko kawałek. Znów rower mozolnie toczy się koło człowieka, a może człowiek wlecze się oparty na rowerze.. Mimo wszystko widoki oszałamiają, a widoczny na horyzoncie grzbiet gór Baiului, które sięgają prawie 2000m działa jak magnes.
Przyglądają nam się pasterze i owce, obszczekują psy i płoszą się konie. Wreszcie grzbiet Baiului zostaje zdobyty, jednak radość j a z d y po nim nie trwa długo, bo nasz kompan źle się czuje. Silne zmęczenie z wczorajszego dnia prowadzi dzisiaj do odwodnienia, więc już sama wspinaczka na grzbiet wymaga pomocy ekipy przy pchaniu roweru i noszeniu bagażu. Decyzję o opuszczeniu grzbietu przyspiesza ołowiany wał chmur burzowych i ponure pomrukiwanie. W Busteni znajdujemy „Spitalul” (wprawdzie ortopedyczny), gdzie niedomagający dostaje izotoniczną kroplówkę, co szybko przywraca mu wigor.
U podnóża gór Bucegi kończymy tegoroczny etap, około 35 godzin podróży przez Ukrainę do Krakowa utwierdza nas w przekonaniu – nigdy więcej pociągiem!



































































