Są zjawiska, które nie przeszkadzają nam, gdy trwają krótko. Jednak gdy ich działanie dotyka nas przez dłuższy czas - staje się nie do zniesienia. Tą mądrość stosowano już wiele lat temu w torturze z kapiącą wodą - na twarz odbiorcy tortury kapały krople wody. Najpierw pacjent był wręcz zadowolony że provider tortur (zwany katem) wybrał tak lekką, potem robił się lekko poirytowany, dalej wpadał w szał, a odwiązywano od stołu człowieka w stanie psychicznej ruiny. Porównanie patetyczne, ale czasem tak to odbieram. W ciągu kilkugodzinnej przejażdżki nie przeszkadzać będzie ani nieidealne ustawienie kierownicy, ani siodełka, czy nawet minimalnie niedoregulowana przerzutka.. Jednak wraz z kolejnymi kilometrami w siodle nawet małe "upierdliwostki" zyskują rangę tortur. Warto poświęcić sporo czasu aby dobrać idealną pozycję, siodło, ustawienie napędu w rowerze bowiem irytacja spowodowana "tym czymś" uniemożliwa czerpanie jazdy z radości na rowerze. Nawet źle ustawiony kask potrafi mnie nieźle zdenerwować, nie mówiąc już o piszczącym łańcuchu. W ostatecznym rozrachunku takie mikro-w-dupo-kopacze potrafią skutecznie zniechęcić do jazdy lub mocno obniżyć samozaparcie, którego sporo trzeba na takiej wyprawie.
przypomina mi się komar, który wpadnie nam do pokoju na noc i przez bite 10 godzin dokonuje ataków na twarz i uszy. Rano czlowiek chce zabijać, zwłaszcza że komara nie ubił.