plany 2012

Nadeszła zima, więc przekornie zacząłem myśleć o lecie. Zważywszy na nieunikniony koniec świata należałoby w tym roku skończyć ten przeklęty Łuk.

Wystarczy jednak spojrzeć w Google Earth by przekonać się że przed nami wciąż sporo. Grupy górskie, które będziemy zaliczać w tym roku, jednocześnie podniecają i przerażają. Podniecenie bierze się ze spektakularności szczytów, które przyjdzie nam zdobywać, oraz ciągłych (o ile pogoda pozwoli) rozległych widoków. Przerażenie, bo trudność szlaków może nas przerosnąć i trzeba będzie salwować się ucieczką w doliny, co przeważnie jest jeszcze gorszym rozwiązaniem bo traci się wysokość. Zdjęcia, otagowane współrzędnymi geograficznymi, wiszą w swoim miejscu na GE. Można podglądać stan i przejezdność szlaków i ścieżek. O ile Bucegi będą piękne i dość łatwe, to wielkie rowerowanie zacznie się na Iezer Papusa. Potem wjedziemy w Fogarasze i zaczną się problemy.Wschodnia część łańcucha nadaje się do jazdy idealnie, jednak później wyszczerbienie grzbietu robi się coraz silniejsze, stoki bardziej strome a szlak coraz bardziej kluczy między skałami zamiast spokojnie płynąć po zaokrąglonym grzbiecie. Wydaje się, że pokonując niewiele odcinków pieszo zdołamy zdobyć Moldoveanu, będący najwyższym szczytem Karpat Południowych (2544m). Dalej jazda grzbietem, na ile jestem w stanie wywnioskować z fotografii na GE, będzie już bardziej marszem oraz marszem z rowerem na plecach. A chodzi o to by jednak jechać..
Prawdopodobnie jednym z ramion opuścimy grzbiet główny by powrócić nań w jego zachodniej części, gdy znów będzie przejezdny.
Krótka wizyta na dole i wjedziemy w kolejną grupę górską, której kulminacją jest Parangu Mare. Wydaje się, że odpowiednio zaplanowana trasa w tej grupie będzie w 95% przejezdna, przy okazji też mniej interwałowa niż Fogarasze.
Jeżeli wciąż będzie starczało czasu - zostanie ostatnia grupa z kulminacją w postaci gór Retezat.

Poszukiwanie tego idealnego szlaku skłania do kilku wniosków. Wydawałoby się że rower górski w stylu AM/EN jest możliwie najbardziej uniwersalną formą roweru. Okazuje się jednak, że całkiem sporo jest szlaków, które dla nas, "skołowanych turystów" są przekleństwem, podczas gdy pieszy turysta nie ma najmniejszych problemów. Te szlaki to typ "znikam w trawie po pas, bywaj" oraz "kluczę między sporymi kamieniami, jest weselej" Granica trudności szlaku, która powoduje że nie warto wsiadać na rower by podjechać 10m, jest trudna do zdefiniowana, jednak doskonale wyczuwalna. My, niestety, często balansujemy na niej. Co więcej, w pewnym momencie okazuje się, że przyjemności z samej jazdy jest jak na lekarstwo (myślę o tym tzw flow), a prawdziwe meritum leży gdzieś głębiej w odkrywaniu, podziwianiu i zdobywaniu. Tyle, że jednak szybciej niż pieszo.

Poszukiwania szlaków mają jeszcze jeden aspekt, mało zrozumiały dla Polaków. Szlaku może nie być. Owszem, może być na mapie, ale nie w terenie. Wydawałoby się że każdy wydatniejszy grzbiet powinien mieć chodzony szlak turystyczny, czyli taki w sam raz na rower. Albo zwykłą ścieżkę. Jednak w Rumunii gór jest wiele więc turyści mają w czym wybierać. Więc niektórych gór nie wybierają wcale. Dlatego zakładanie że jakaś ścieżka będzie bo być powinna może skończyć się całodziennym pchaniem roweru przez trawy, co szybko odbiera siły i chęć działania.

Planowanie trasy to więc bardzo żmudny proces, gdzie nawet wysokiej jakości zdjęcia z GE nie dają pewności że wybrany szlak będzie przejezdny. A pamiętać trzeba, że wycofywanie się może zająć bardzo dużo czasu..