pełna galeria z wyjazdu w kolejnym poście. Full gallery here: link
English version here
nasza tegoroczna trasa na google maps:
CMC 2012
Zgodnie z założeniami początek miał miejsce tam, gdzie
koniec w zeszłym roku – Busteni. Miasteczko przypominające klimatem Zakopane,
pełne turystów, spacerowiczów i wylansowanych samochodów. Nocą zamieniające się
w hałaśliwą tiro-stradę, bo leży na głównej i najkrótszej drodze łączącej
Bukareszt z Braszowem, a szerzej
Transylwanię z Muntenią. Od 23 sznur tirów pędzi przez tę mieścinę, trudno
nawet przejść przez jezdnię. O 5 rano wszystko się uspokaja, by w kilka godzin
później zacząć się korkować od kabrioletów, sportowych samochodów i
rozklekotanych dacii. Tiry wracają przed północą.
Nie chcąc marnować sił i czasu chcemy wydostać się na
plateau gór Bucegi kolejką linową, która pokonuje blisko 1300m wysokości. Jednak
kolejka do kasy ma już kilkadziesiąt metrów, a my nawet nie jesteśmy spakowani.
Co więcej, rowery wprawdzie można brać ze sobą, ale cena odstrasza. Znajduje
się jednak właściciel terenówki, skłonny zabrać nas na górę za 2/3 stawki
kolejkowej, ale ma on niewiele czasu. Ekspresowe przypinanie rowerów na dach
Toyoty, pakowanie plecaków, duże skupienie by niczego nie zapomnieć ale i nie
brać niepotrzebnych rzeczy. Pół godziny wystarczy, by czerwony Land Cruiser
ruszył rycząc ogromnym dieslem, a my ściśnięci w środku robimy jeszcze ostatnie
podliczanie naszego ekwipunku. Początkowo asfaltem, potem już wyboistą i stromą
drogą, która pewnie większość Suv-ów zawróciłaby do domu (albo warsztatu od
razu) docieramy na Babele (ok. 2200m). Kolejne przepakowanie i ruszamy w stronę
Omu (2507m), to tylko 300m podjazdu. Szybko okazuje się, że mimo braku
zmęczenia „odcina” nam oddech. „Darmowo” zdobyta wysokość to kompletny brak
aklimatyzacji. Musimy zwolnić tempo, nikt nie spodziewał się że rzadsze
powietrze będzie odczuwalne już na takiej (niedużej jednak) wysokości.
Góry Bucegi mają ostro podcięte zbocza, a strome i skaliste ściany budzą respekt, gdy obserwować je z dołu. Na górze, zamiast typowego grzbietu, znajduje się potężne plateau, a całe pasmo układa się w kształt podkowy. Szlaki są szerokie, a zjazdy lekkie i przyjemne. Na Omu temperatury już wysokogórskie, mimo silnego słońca musimy się ubrać. Łagodną jazdę drugim ramieniem podkowy psuje tylko chwilowy przepych roweru przez kosodrzewinę, ścieżka jest szerokości chudego pieszego, a każda gałązka stara się chwycić rower. Najłatwiej jest nieść go nad głową.
W Karpatach Południowych często spotyka się obiekty o nazwie „refugiul”, będące schronami turystycznymi. Są to domki z drewna, plastiku, blachy lub murowane, służące turystom za schronienie w sytuacjach awaryjnych, jednak można z nich korzystać również na co dzień. Kolacja w postaci Spaghetti, zasypiamy szybko i wcześnie, bo już o 21.
Mimo pustych żołądków zjazd do Moieciu de Sus daje masę zabawy,
ścieżka najpierw wiedzie u podnóża ściany skalnej, dalej kręci lasem jakby była
zrobiona specjalnie pod rowerzystów. Dzwonek, zawieszony na kierownicy, obwieszcza
naszą obecność w okolicy, wolimy uniknąć zaskoczenia niedźwiedzia, których w tej okolicy
jest pełno. Dolina muminków, do jakiej trafiamy, to łagodnie pofalowane górki z
wykoszoną trawą, zadbane drewniane domki porozrzucane po zboczach i spokojnie pasące się
krowy. Wszystko okolone stromymi zalesionymi górami. Czas stoi w miejscu, nic
się nie dzieje – bo po co?
Iezer-Papusa i Fogarasze łączy niezalesiony grzbiecik z nieźle
wydeptanym szlakiem, jednak sam początek zejścia ze szczytu Rosu (2469m) to
przeciąganie roweru po rumowisku skalnym. Przy okazji odkrywamy że rower można
pchać nie tylko w górę ale i w dół, oczywiście przez kosodrzewiny. Przekleństwa
padają soczyste i głośne, i tak nikt raczej nas nie zrozumie (o ile usłyszy). Dalej idzie lekko,
mijamy Cyganów-borówkarzy. Niestety, w miejscach, gdzie robią sobie posiłki,
zostawiają masę rozrzuconych śmieci, które są rozwlekane dodatkowo przez
zwierzęta. Chwila nieuwagi i wpuszczamy
się w szlak, po którym zostały już tylko oznaczenia – ścieżka przeniosła się
naturalnie kawałek dalej, my straciliśmy masę sił i godzinę czasu na
przedzieranie się przez kosówkę. Obserwujemy mały pożar, który konsekwentnie od
kilku dni trawi zarośla na przeciwległym zboczu. I nie jest to piorun a
działanie pasterzy, którzy walczą z roślinnością wkraczającą na „ich”
pastwiska, co rusz mijamy wypalone punktowo jałowce. Będąc wreszcie w
Fogaraszach chcemy rozbić się na nocleg, zwłaszcza że czuć zmęczenie, a dzień
się kończy. Jest wietrznie i zimno, w
oddali widać transylwańską nizinę, gdzie pewnie wciąż jest koło 30 stopni. Jednak
refugiul nie zachęca do noclegu, szybko zjadamy więc jeden liofilizat na czterech i
pozawijani w goreteksy ruszamy do kolejnego schronu oddalonego o około 1.5
godziny. Niczym Papaye po szpinaku dostajemy nowych sił i pniemy się po dość
skromnym, acz kalorycznym posiłku w górę, 200 m wysokości pada w 20 minut. Przed
nami otwiera się widok tak malowniczy, że już nikt nie pamięta o zmęczeniu,
zwłaszcza że ścieżka jest idealna do jazdy. Wspaniały singielek po całym dniu
prowadzenia, ewentualnie szarpanej jazdy to chwila, dla której warto było tyle
walczyć. Na nocleg docieramy po zaledwie
godzinie, gęby roześmiane od zjazdu i widoków. Schron przytulny, pasterz,
któremu spłoszyliśmy owce, pokazuje źródełko. Liofilizat „Chili con Carne”
lepiej brzmi niż smakuje, ale doskonale syci. Kolejny dzień będzie
najtrudniejszym na naszej trasie.. Gdybamy czy może pasterze nie są znudzonymi milionerami którzy postanowili rzucić wszystko i oderwać się od rzeczywistości.
Poranne słońce oświetla 4 rowerzystów spokojnie niosących
rowery w paszczę fogaraskiego lwa. Chwilami można jechać, ba! nawet dobrze się
bawić! Niestety zarówno pogoda, przejezdność szlaku jak i morale zaczyna stopniowo spadać. Siąpi deszcz, szlak przestał nadawać się do jazdy, a my w sporej
ekspozycji pchamy lub niesiemy rowery by dotrzeć pod Moldoveanu. Ostatnie
podejście wygląda jakby była potrzebna asekuracja, to jednak wynik perspektywy,
która w górach potrafi płatać figle. Mgły przelewają się przez grzbiet, tylko
chwilami góry wstydliwie odsłaniają swoje fragmenty, by po chwili znów zniknąć w
kompletnym mleku. Murowany domek wielkości garażu to nasze schronienie. Jak się
okazuje, liczy na to około 30 osób, które kolejno docierają w sypiącym śniegu z
deszczem. 15 szczęśliwców (w tym my) zostaje w zagrzybionym i wilgotnym wnętrzu, reszta
rozbija namioty nieopodal. Jest wściekle ciasno, ale przyjemnie ciepło. W międzyczasie
przez okolicę przechodzi jeszcze stado
owiec, częstujemy zziębniętego pasterza herbatą. Opowiadając o naszych planach
i dokonaniach wspólnoclegowiczom widzimy podziw i przerażenie zarazem. Następnego dnia, ci, którzy schodzą na dół,
zostawiają nam jedzenie i życzą powodzenia. Ale jakoś bez przekonania.
Najwygodniejsza droga wjazdowa, jeżeli trzeba nią pokonać
1,5 km w pionie w końcu zaczyna wykańczać. Góry Parang atakujemy od wschodu
drogą Strategica. Temperatura konsekwentnie spada i mimo bezchmurnego nieba
jedziemy zawinięci w wiatroszczelne kurtki i spodnie. I znów widać nieskończone
pasma górskie, powoli zanikające z kolejnym planem. Z daleka widać grupę
samochodów zaparkowanych na łące, koło nich namioty – na szybko zakładamy się, czy to Polacy czy Cyganie (bo mamy podobne zwyczaje podróżowania), jednak
dochodząca skoczna muzyka rozwiewa wątpliwości. Ot, zwykły tabor, ale już w
kamperach, a nie furmankach. Świat idzie do przodu.
Wczesna pobudka po zimnej nocy – musimy zjechać do miasta 1.5km
niżej. Krótka jazda singlem do ośrodka narciarskiego, dalej już szuter i
asfalt. Temperatura rośnie, jednak i tak palce w rękawicach są tak zgrabiałe, że
trudno coś chwycić. Bilety do Busteni kupione, kasjerka płynnie mówiąca po
angielsku, jedna przesiadka po drodze. „Jakby ten pociąg się spóźnił, to się
przesiądziecie na kolejny i też dojedziecie”. Tak właśnie się dzieje, jednak ten
„kolejny pociąg” to już inna spółka handlowa. Wiemy wreszcie, co czują obcokrajowcy w
polskich kolejach. Szczęśliwie pan w kasie wykazuje dobrą wolę i stara się „przebukować”
bilety na właściwy pociąg. Trwa to półtorej godziny, zbiera się pięcioosobowe konsylium
kolejarskie, wykonane zostaje mnóstwo telefonów do Braszowa, Bukaresztu i
pewnie Waszyngtonu. Dostajemy plik dokumentów, na peronie jeszcze czeka z nami
kolejarz z glejtem dla konduktora, ten jednak wie o sprawie już
dużo wcześniej. „Put your bikes here” pada, nim jeszcze pociąg całkowicie się
zatrzymuje. Trafiamy na Intercity, podróż upływa towarzystwie „klasy średniej”,
choć woniejemy jak margines społeczny.
English version here
nasza tegoroczna trasa na google maps:
a to wszystko jest już przejechane:
reszta informacji o wyprawie w menu po prawej.
CMC 2012
Łuk Karpat – nasze przekleństwo i opium zarazem, ileż to razy zadawaliśmy sobie pytanie o
sensowność pchania się w najtrudniejsze pasma górskie. Podobną ilość razy
zachwycaliśmy się bezkresnym morzem gór, feerią barw kolejnych grzbietów
niknących w świetle zachodzącego słońca czy stadem owiec płynącym łagodnie po
zboczu. Czuliśmy pewną zazdrość w stosunku do prostego trybu życia pasterzy, ale
i ulgę gdy wreszcie można było umyć się w potoku i znów zbliżyć do cywilizacji. I oczywiście żałowaliśmy, że to już koniec,
gdy przyszło wracać do kraju.
Zgodnie z założeniami początek miał miejsce tam, gdzie
koniec w zeszłym roku – Busteni. Miasteczko przypominające klimatem Zakopane,
pełne turystów, spacerowiczów i wylansowanych samochodów. Nocą zamieniające się
w hałaśliwą tiro-stradę, bo leży na głównej i najkrótszej drodze łączącej
Bukareszt z Braszowem, a szerzej
Transylwanię z Muntenią. Od 23 sznur tirów pędzi przez tę mieścinę, trudno
nawet przejść przez jezdnię. O 5 rano wszystko się uspokaja, by w kilka godzin
później zacząć się korkować od kabrioletów, sportowych samochodów i
rozklekotanych dacii. Tiry wracają przed północą.
Nie chcąc marnować sił i czasu chcemy wydostać się na
plateau gór Bucegi kolejką linową, która pokonuje blisko 1300m wysokości. Jednak
kolejka do kasy ma już kilkadziesiąt metrów, a my nawet nie jesteśmy spakowani.
Co więcej, rowery wprawdzie można brać ze sobą, ale cena odstrasza. Znajduje
się jednak właściciel terenówki, skłonny zabrać nas na górę za 2/3 stawki
kolejkowej, ale ma on niewiele czasu. Ekspresowe przypinanie rowerów na dach
Toyoty, pakowanie plecaków, duże skupienie by niczego nie zapomnieć ale i nie
brać niepotrzebnych rzeczy. Pół godziny wystarczy, by czerwony Land Cruiser
ruszył rycząc ogromnym dieslem, a my ściśnięci w środku robimy jeszcze ostatnie
podliczanie naszego ekwipunku. Początkowo asfaltem, potem już wyboistą i stromą
drogą, która pewnie większość Suv-ów zawróciłaby do domu (albo warsztatu od
razu) docieramy na Babele (ok. 2200m). Kolejne przepakowanie i ruszamy w stronę
Omu (2507m), to tylko 300m podjazdu. Szybko okazuje się, że mimo braku
zmęczenia „odcina” nam oddech. „Darmowo” zdobyta wysokość to kompletny brak
aklimatyzacji. Musimy zwolnić tempo, nikt nie spodziewał się że rzadsze
powietrze będzie odczuwalne już na takiej (niedużej jednak) wysokości.Góry Bucegi mają ostro podcięte zbocza, a strome i skaliste ściany budzą respekt, gdy obserwować je z dołu. Na górze, zamiast typowego grzbietu, znajduje się potężne plateau, a całe pasmo układa się w kształt podkowy. Szlaki są szerokie, a zjazdy lekkie i przyjemne. Na Omu temperatury już wysokogórskie, mimo silnego słońca musimy się ubrać. Łagodną jazdę drugim ramieniem podkowy psuje tylko chwilowy przepych roweru przez kosodrzewinę, ścieżka jest szerokości chudego pieszego, a każda gałązka stara się chwycić rower. Najłatwiej jest nieść go nad głową.
W Karpatach Południowych często spotyka się obiekty o nazwie „refugiul”, będące schronami turystycznymi. Są to domki z drewna, plastiku, blachy lub murowane, służące turystom za schronienie w sytuacjach awaryjnych, jednak można z nich korzystać również na co dzień. Kolacja w postaci Spaghetti, zasypiamy szybko i wcześnie, bo już o 21.
Mimo pustych żołądków zjazd do Moieciu de Sus daje masę zabawy,
ścieżka najpierw wiedzie u podnóża ściany skalnej, dalej kręci lasem jakby była
zrobiona specjalnie pod rowerzystów. Dzwonek, zawieszony na kierownicy, obwieszcza
naszą obecność w okolicy, wolimy uniknąć zaskoczenia niedźwiedzia, których w tej okolicy
jest pełno. Dolina muminków, do jakiej trafiamy, to łagodnie pofalowane górki z
wykoszoną trawą, zadbane drewniane domki porozrzucane po zboczach i spokojnie pasące się
krowy. Wszystko okolone stromymi zalesionymi górami. Czas stoi w miejscu, nic
się nie dzieje – bo po co?
Ostatnie zakupy w Rucar, obserwujemy kondukt pogrzebowy z
otwartą trumną i ludzi rzucających drobnymi monetami w ramach jakiegoś
zwyczaju. Nie ma co marnować czasu, słychać pomrukiwania burzy. Wynaleziona na
Google Earth droga prowadząca na grzbiet, okazuje się istną drogą krzyżową.
Jest stromo, grząsko, duszno i gorąco. Zapasy wody szybko nikną, a kolejne
dziesiątki metrów przewyższenia przychodzą z trudnością. Wykończeni docieramy
wreszcie na grzbiet, którym wiedzie wygodna szutrówka. Wprawdzie w górę, ale
łagodniej. Dzień powoli kończy się, wspinaczkę na grzbiet Iezer-Papusa
przerywamy na 1800m, rozbijając się koło drogi.
Poranna burza mocno opóźnia wyjazd, jednak słońce powraca i ruszamy w
górę. Po drodze obserwujemy galopujące po górskim bezkresie konie, krowy z
melancholią gryzące trawę i stadka owiec
zaganiane przez psy. Częstujemy pasterzy
papierosem, wspólnie kontemplując kolejne połoniny. „Czas na nas”, mówię
pasterzowi, a ten zdaje się rozumieć i też udaje się w swoim kierunku.
Pogoda znowu się pogarsza, na szczęście
pomrukiwania są jeszcze bardzo rozmyte, co znaczy że burza jeszcze daleko.
Grzbiet Iezer-Papsua nie ma żadnej ścieżki, jednak trawa jest na tyle krótka,
że bez problemu można jechać. W oddali widać Fogarasze i zbliżającą się ulewę.
Kolejne szczyty nikną w siwej zadymie, pierwsze krople zaczynają stukać o
kaski. Szybko rozbijamy namiot i w zacinającym deszczu chowamy się do środka.
Pioruny rozchodzą się w chmurach, żaden
nie dociera do ziemi – dobrze, bo rozbici jesteśmy na samym grzbiecie. Pół godziny później jest po
deszczu, w zamian za przemoczone buty mamy przepiękną tęczę. Nie zdążymy dotrzeć na grzbiet Fogaraszy, gdzie jest refugiul, jest jednak jeszcze jeden niedaleko stąd. Musimy tylko trochę zboczyć z planowanego szlaku. Dzień kończy się, w końcu z grzbietu ukazuje się widok na kocioł polodowcowy i wymarzony schron. Przy nim... stadko pstrokato ubranych cygańskich dzieci bawiących się w dość hałaśliwy sposób. Nawet jeśli nie cygańskich, to nikomu nie chce się schodzić 300 metrów w dół, żeby to zweryfikować, pada parę "etnicznych przekleństw", zostajemy na grzbiecie. Nocleg znów w namiocie, w zamian mamy fenomenalne widoki na Fogarasze. Przed pójściem spać idę wysłać smsa na grzbiet, nagle dostrzegam że grupa Romów idzie z refugiula w naszą stronę, szacuję mniej więcej 15 osób. Mogli przecież nas widzieć, cholera! I chyba nie idą po papierosa. Jest zmierzch, jesteśmy zdani na siebie i sporą butlę gazu pieprzowego (na niedźwiedzie, nie Cyganów). Reszta ekipy wyłazi ze śpiworów, robi się nerwowo – po oni idą do nas niemal po ciemku? Może zmienią kierunek? Czuć spore podenerwowanie, staramy się zachować spokój. W zupełnej ciemności grupa dochodzi do nas - gotowych na najgorsze. Nie widzą nas. Szczeknął pies. Wsłuchuję się w rozmowę – to jednak rumuński język.
deszczu, w zamian za przemoczone buty mamy przepiękną tęczę. Nie zdążymy dotrzeć na grzbiet Fogaraszy, gdzie jest refugiul, jest jednak jeszcze jeden niedaleko stąd. Musimy tylko trochę zboczyć z planowanego szlaku. Dzień kończy się, w końcu z grzbietu ukazuje się widok na kocioł polodowcowy i wymarzony schron. Przy nim... stadko pstrokato ubranych cygańskich dzieci bawiących się w dość hałaśliwy sposób. Nawet jeśli nie cygańskich, to nikomu nie chce się schodzić 300 metrów w dół, żeby to zweryfikować, pada parę "etnicznych przekleństw", zostajemy na grzbiecie. Nocleg znów w namiocie, w zamian mamy fenomenalne widoki na Fogarasze. Przed pójściem spać idę wysłać smsa na grzbiet, nagle dostrzegam że grupa Romów idzie z refugiula w naszą stronę, szacuję mniej więcej 15 osób. Mogli przecież nas widzieć, cholera! I chyba nie idą po papierosa. Jest zmierzch, jesteśmy zdani na siebie i sporą butlę gazu pieprzowego (na niedźwiedzie, nie Cyganów). Reszta ekipy wyłazi ze śpiworów, robi się nerwowo – po oni idą do nas niemal po ciemku? Może zmienią kierunek? Czuć spore podenerwowanie, staramy się zachować spokój. W zupełnej ciemności grupa dochodzi do nas - gotowych na najgorsze. Nie widzą nas. Szczeknął pies. Wsłuchuję się w rozmowę – to jednak rumuński język.
„Salut! Ce face?” - rzucam w mroku
Stado groźnych ludzi okazuje się obozem przygodowym dla
dzieci 12-16 lat, idzie z nimi dwójka dorosłych opiekunów. Napięcie opada, Explomuntenia idzie sobie na
szczyt Iezer popatrzeć na nocne widoki. W zadupiastych rumuńskich górach, gdzie
pojedynczych turystów spotyka się raz na kilka dni, poznajemy ekipę ludzi
bardziej zakręconych od nas. Ulegliśmy własnym lękom, jednak widząc z dużej
odległości grupę 8 dzieci i żadnych dorosłych dużo bardziej prawdopodobne było
założenie, że to Romowie (którzy często w tych górach zbierają borówki na
handel) niż turyści. A zwłaszcza obozy.
Iezer-Papusa i Fogarasze łączy niezalesiony grzbiecik z nieźle
wydeptanym szlakiem, jednak sam początek zejścia ze szczytu Rosu (2469m) to
przeciąganie roweru po rumowisku skalnym. Przy okazji odkrywamy że rower można
pchać nie tylko w górę ale i w dół, oczywiście przez kosodrzewiny. Przekleństwa
padają soczyste i głośne, i tak nikt raczej nas nie zrozumie (o ile usłyszy). Dalej idzie lekko,
mijamy Cyganów-borówkarzy. Niestety, w miejscach, gdzie robią sobie posiłki,
zostawiają masę rozrzuconych śmieci, które są rozwlekane dodatkowo przez
zwierzęta. Chwila nieuwagi i wpuszczamy
się w szlak, po którym zostały już tylko oznaczenia – ścieżka przeniosła się
naturalnie kawałek dalej, my straciliśmy masę sił i godzinę czasu na
przedzieranie się przez kosówkę. Obserwujemy mały pożar, który konsekwentnie od
kilku dni trawi zarośla na przeciwległym zboczu. I nie jest to piorun a
działanie pasterzy, którzy walczą z roślinnością wkraczającą na „ich”
pastwiska, co rusz mijamy wypalone punktowo jałowce. Będąc wreszcie w
Fogaraszach chcemy rozbić się na nocleg, zwłaszcza że czuć zmęczenie, a dzień
się kończy. Jest wietrznie i zimno, w
oddali widać transylwańską nizinę, gdzie pewnie wciąż jest koło 30 stopni. Jednak
refugiul nie zachęca do noclegu, szybko zjadamy więc jeden liofilizat na czterech i
pozawijani w goreteksy ruszamy do kolejnego schronu oddalonego o około 1.5
godziny. Niczym Papaye po szpinaku dostajemy nowych sił i pniemy się po dość
skromnym, acz kalorycznym posiłku w górę, 200 m wysokości pada w 20 minut. Przed
nami otwiera się widok tak malowniczy, że już nikt nie pamięta o zmęczeniu,
zwłaszcza że ścieżka jest idealna do jazdy. Wspaniały singielek po całym dniu
prowadzenia, ewentualnie szarpanej jazdy to chwila, dla której warto było tyle
walczyć. Na nocleg docieramy po zaledwie
godzinie, gęby roześmiane od zjazdu i widoków. Schron przytulny, pasterz,
któremu spłoszyliśmy owce, pokazuje źródełko. Liofilizat „Chili con Carne”
lepiej brzmi niż smakuje, ale doskonale syci. Kolejny dzień będzie
najtrudniejszym na naszej trasie.. Gdybamy czy może pasterze nie są znudzonymi milionerami którzy postanowili rzucić wszystko i oderwać się od rzeczywistości.
Poranne słońce oświetla 4 rowerzystów spokojnie niosących
rowery w paszczę fogaraskiego lwa. Chwilami można jechać, ba! nawet dobrze się
bawić! Niestety zarówno pogoda, przejezdność szlaku jak i morale zaczyna stopniowo spadać. Siąpi deszcz, szlak przestał nadawać się do jazdy, a my w sporej
ekspozycji pchamy lub niesiemy rowery by dotrzeć pod Moldoveanu. Ostatnie
podejście wygląda jakby była potrzebna asekuracja, to jednak wynik perspektywy,
która w górach potrafi płatać figle. Mgły przelewają się przez grzbiet, tylko
chwilami góry wstydliwie odsłaniają swoje fragmenty, by po chwili znów zniknąć w
kompletnym mleku. Murowany domek wielkości garażu to nasze schronienie. Jak się
okazuje, liczy na to około 30 osób, które kolejno docierają w sypiącym śniegu z
deszczem. 15 szczęśliwców (w tym my) zostaje w zagrzybionym i wilgotnym wnętrzu, reszta
rozbija namioty nieopodal. Jest wściekle ciasno, ale przyjemnie ciepło. W międzyczasie
przez okolicę przechodzi jeszcze stado
owiec, częstujemy zziębniętego pasterza herbatą. Opowiadając o naszych planach
i dokonaniach wspólnoclegowiczom widzimy podziw i przerażenie zarazem. Następnego dnia, ci, którzy schodzą na dół,
zostawiają nam jedzenie i życzą powodzenia. Ale jakoś bez przekonania.
Wyniesienie rowerów na szczyt na Vistea Mare (dwuszczyt z
Moldoveanu, 2527m) to pestka, potem trzeba je sprowadzić blisko kilometr (wysokości!) w dół,
bowiem szlak jest o wiele lepiej wyznaczony niż wydeptany. W zasadzie w ogóle
brak śladów turystów. Dopiero na ok. 1500m zaczyna się droga dnem doliny, którą
docieramy nad jezioro Vidraru przy trasie transfogaraskiej. 160-metrowa betonowa ściana trzyma tę masę
wody w wąskim gardle doliny, to jeden z szalonych pomysłów inżynierów
poprzedniego systemu. Przy tamie kwitnie turystyka po rumuńsku pt.: dojeżdżamy
samochodem, wychodzimy, palimy peta, jemy kukurydzę z grilla, robimy zdjęcia i
hop do samochodu. Rumunia nie zmaga się z problemem rozdeptanych na szerokość
20m szlaków w górach, 99% turystów to właśnie samochodowi oglądacze. By nie
tracić wysokości zmierzamy na zachód wynalezioną na zdjęciach satelitarnych
szutrówką. W zupełnej dziczy, koło bacówki otoczonej przez krowy spotykamy
Polaków, którzy też podróżują na rowerach, ale z sakwami. Wspólne wieczorne ognisko, czekolada z Polski. Siąpi deszcz. Psy pasterskie natychmiast akceptują nasze namioty jako element gospodarstwa,
więc gdy nocą pojawia się blisko niedźwiedź,
śpimy spokojnie. Psy z wściekłym ujadaniem pędzą w las, dochodzą dźwięki,
których na co dzień nie słychać z lasu.
Rano pasterze próbują jeździć na naszych rowerach, my
próbujemy ich sera i mleka. Jeden z nich chce nawet kupić telefon komórkowy, ale
uprzejmie odmawiamy. Dzień upływa na jechaniu szutrem i asfaltem. Świnie luźno
pasą się przy drodze, ludzie pozdrawiają nas zza płotów. Konsekwentnie nie
pijemy piwa w kawiarenkach, by nie „zmulić”, bo asfaltu jest około 40 km i to
cały czas minimalnie pod górę – lepiej wypić wyśmienitą kawę pośród brudnych i zarośniętych
drwali sączących piwo. Mija nas koparka wioząca krowę w łyżce z przodu. Drwale
nawet nie przerywają rozmowy. Co ciekawe -
w Rumunii w największej mordowni czy najbrzydszej budzie z hot-dogami
przy dworcu gdy zamówić kawę – dostajemy wyśmienity, aromatyczny wywar z
ekspresu ciśnieniowego, płacąc równowartość 1.5zł.
Po tygodniu „higieny wybiórczej” korzystamy w noclegu w
małym pensjonacie w Ciungetu, by zmyć pot i uprać ciuchy. Właściciel traktuje nas
bardziej jak swoich gości niż klientów,
wieczór upływa przy miłych rozmowach.
Najwygodniejsza droga wjazdowa, jeżeli trzeba nią pokonać
1,5 km w pionie w końcu zaczyna wykańczać. Góry Parang atakujemy od wschodu
drogą Strategica. Temperatura konsekwentnie spada i mimo bezchmurnego nieba
jedziemy zawinięci w wiatroszczelne kurtki i spodnie. I znów widać nieskończone
pasma górskie, powoli zanikające z kolejnym planem. Z daleka widać grupę
samochodów zaparkowanych na łące, koło nich namioty – na szybko zakładamy się, czy to Polacy czy Cyganie (bo mamy podobne zwyczaje podróżowania), jednak
dochodząca skoczna muzyka rozwiewa wątpliwości. Ot, zwykły tabor, ale już w
kamperach, a nie furmankach. Świat idzie do przodu.
Jest wściekle zimno i bardzo wietrznie, namiot ukryty niecce
i obłożony kamieniami daje dobre schronienie. Mimo to noc jest niespokojna, a
wilgoć ze ścian spada na twarz za każdym poruszeniem tropiku. Rankiem witają na
ciekawskie krowy wsadzające łeb do środka.
Krótki przejazd drogą
Transalpina (kolejne szaleństwo Ceausescu) ze świeżym asfaltem to tylko chwila,
potem rower znów ląduje na plecaku, a my powolnym ale stałym tempem pniemy się do
góry. Jest bezchmurnie, kolory są soczyste, a widoczność wspaniała. Ścieżka
całkiem nieźle wydeptana, jazda to czysta przyjemność. Spora już wprawa w
noszeniu rowerów powoduje, że nawet krótkie podejścia, gdzie rower można
prowadzić robimy wrzucając go na grzbiet. Parangul Mare (2503m) zdobywamy
popołudniem, stąd dość wygodny zjazd do refugiula Carja. Mały domek przyklejony
do skał ukazuje się w dole, do pokonania jest jeszcze kilkadziesiąt agrafek, przez kilka z nich sprowadzamy rowery – sił już zaczyna brakować. Mimo chłodu staram się jeszcze
jak najdłużej chłonąć przepiękny widok pomarańczowego nieba po zachodzie słońca
z migocącymi daleko w dole światłami miasta Petroszany. Niestety, Carja to
domek wybudowany z kamieni bez zaprawy (więc ażurowo), do tego brak pryczy zmusza
nas do rozłożenia się na ziemi. Karimaty położone na klepichu nie izolują mimo
dodatkowej folii nrc, a śpiwory są wilgotne po poprzedniej nocy. Do tego naciera na nas natura –
myszy skrupulatnie szukają jedzenia, w końcu dobierając się do worka ze
śmieciami.
Wczesna pobudka po zimnej nocy – musimy zjechać do miasta 1.5km
niżej. Krótka jazda singlem do ośrodka narciarskiego, dalej już szuter i
asfalt. Temperatura rośnie, jednak i tak palce w rękawicach są tak zgrabiałe, że
trudno coś chwycić. Bilety do Busteni kupione, kasjerka płynnie mówiąca po
angielsku, jedna przesiadka po drodze. „Jakby ten pociąg się spóźnił, to się
przesiądziecie na kolejny i też dojedziecie”. Tak właśnie się dzieje, jednak ten
„kolejny pociąg” to już inna spółka handlowa. Wiemy wreszcie, co czują obcokrajowcy w
polskich kolejach. Szczęśliwie pan w kasie wykazuje dobrą wolę i stara się „przebukować”
bilety na właściwy pociąg. Trwa to półtorej godziny, zbiera się pięcioosobowe konsylium
kolejarskie, wykonane zostaje mnóstwo telefonów do Braszowa, Bukaresztu i
pewnie Waszyngtonu. Dostajemy plik dokumentów, na peronie jeszcze czeka z nami
kolejarz z glejtem dla konduktora, ten jednak wie o sprawie już
dużo wcześniej. „Put your bikes here” pada, nim jeszcze pociąg całkowicie się
zatrzymuje. Trafiamy na Intercity, podróż upływa towarzystwie „klasy średniej”,
choć woniejemy jak margines społeczny.
Już po ciemku pędzimy w dół tiro-stradą do Busteni, byle
zdążyć przed falą ciężarówek po 23. Przy
zatoce z ławkami i parkingiem do odpoczynku kierowców ogromny niedźwiedź
wyjada z kosza resztki jedzenia. Borówki
są mniej kaloryczne niż resztki pizzy.














