pełna galeria z wyjazdu w kolejnym poście. Full gallery here: link
English version here

nasza tegoroczna trasa na google maps:

a to wszystko jest już przejechane:

reszta informacji o wyprawie w menu po prawej.


 CMC 2012

Łuk Karpat – nasze przekleństwo i opium zarazem,  ileż to razy zadawaliśmy sobie pytanie o sensowność pchania się w najtrudniejsze pasma górskie. Podobną ilość razy zachwycaliśmy się bezkresnym morzem gór, feerią barw kolejnych grzbietów niknących w świetle zachodzącego słońca czy stadem owiec płynącym łagodnie po zboczu. Czuliśmy pewną zazdrość w stosunku do prostego trybu życia pasterzy, ale i ulgę gdy wreszcie można było umyć się w potoku i znów zbliżyć do cywilizacji.  I oczywiście żałowaliśmy, że to już koniec, gdy przyszło wracać do kraju.

 Zgodnie z założeniami początek miał miejsce tam, gdzie koniec w zeszłym roku – Busteni. Miasteczko przypominające klimatem Zakopane, pełne turystów, spacerowiczów i wylansowanych samochodów. Nocą zamieniające się w hałaśliwą tiro-stradę, bo leży na głównej i najkrótszej drodze łączącej Bukareszt z Braszowem,  a szerzej Transylwanię z Muntenią. Od 23 sznur tirów pędzi przez tę mieścinę, trudno nawet przejść przez jezdnię. O 5 rano wszystko się uspokaja, by w kilka godzin później zacząć się korkować od kabrioletów, sportowych samochodów i rozklekotanych dacii. Tiry wracają przed północą.
Nie chcąc marnować sił i czasu chcemy wydostać się na plateau gór Bucegi kolejką linową, która pokonuje blisko 1300m wysokości. Jednak kolejka do kasy ma już kilkadziesiąt metrów, a my nawet nie jesteśmy spakowani. Co więcej, rowery wprawdzie można brać ze sobą, ale cena odstrasza. Znajduje się jednak właściciel terenówki, skłonny zabrać nas na górę za 2/3 stawki kolejkowej, ale ma on niewiele czasu. Ekspresowe przypinanie rowerów na dach Toyoty, pakowanie plecaków, duże skupienie by niczego nie zapomnieć ale i nie brać niepotrzebnych rzeczy. Pół godziny wystarczy, by czerwony Land Cruiser ruszył rycząc ogromnym dieslem, a my ściśnięci w środku robimy jeszcze ostatnie podliczanie naszego ekwipunku. Początkowo asfaltem, potem już wyboistą i stromą drogą, która pewnie większość Suv-ów zawróciłaby do domu (albo warsztatu od razu) docieramy na Babele (ok. 2200m). Kolejne przepakowanie i ruszamy w stronę Omu (2507m), to tylko 300m podjazdu. Szybko okazuje się, że mimo braku zmęczenia „odcina” nam oddech. „Darmowo” zdobyta wysokość to kompletny brak aklimatyzacji. Musimy zwolnić tempo, nikt nie spodziewał się że rzadsze powietrze będzie odczuwalne już na takiej (niedużej jednak) wysokości.

 Góry Bucegi mają ostro podcięte zbocza, a strome i skaliste ściany budzą respekt, gdy obserwować je z dołu. Na górze, zamiast typowego grzbietu, znajduje się potężne plateau, a całe pasmo układa się w kształt podkowy. Szlaki są szerokie, a zjazdy lekkie i przyjemne. Na Omu temperatury już wysokogórskie, mimo silnego słońca musimy się ubrać.  Łagodną jazdę drugim ramieniem podkowy psuje tylko chwilowy przepych roweru przez kosodrzewinę, ścieżka jest szerokości chudego pieszego, a każda gałązka stara się chwycić rower. Najłatwiej jest nieść go nad głową.



W Karpatach Południowych często spotyka się obiekty o nazwie „refugiul”, będące schronami turystycznymi. Są to domki z drewna, plastiku, blachy lub murowane, służące turystom za schronienie w sytuacjach awaryjnych, jednak można z nich korzystać również na co dzień. Kolacja w postaci Spaghetti, zasypiamy szybko i wcześnie, bo już o 21.


Mimo pustych żołądków zjazd do Moieciu de Sus daje masę zabawy, ścieżka najpierw wiedzie u podnóża ściany skalnej, dalej kręci lasem jakby była zrobiona specjalnie pod rowerzystów. Dzwonek, zawieszony na kierownicy, obwieszcza naszą obecność w okolicy, wolimy uniknąć zaskoczenia niedźwiedzia, których w tej okolicy jest pełno. Dolina muminków, do jakiej trafiamy, to łagodnie pofalowane górki z wykoszoną trawą, zadbane drewniane domki  porozrzucane po zboczach i spokojnie pasące się krowy. Wszystko okolone stromymi zalesionymi górami. Czas stoi w miejscu, nic się nie dzieje – bo po co?
Ostatnie zakupy w Rucar, obserwujemy kondukt pogrzebowy z otwartą trumną i ludzi rzucających drobnymi monetami w ramach jakiegoś zwyczaju. Nie ma co marnować czasu, słychać pomrukiwania burzy. Wynaleziona na Google Earth droga prowadząca na grzbiet, okazuje się istną drogą krzyżową. Jest stromo, grząsko, duszno i gorąco. Zapasy wody szybko nikną, a kolejne dziesiątki metrów przewyższenia przychodzą z trudnością. Wykończeni docieramy wreszcie na grzbiet, którym wiedzie wygodna szutrówka. Wprawdzie w górę, ale łagodniej. Dzień powoli kończy się, wspinaczkę na grzbiet Iezer-Papusa przerywamy na 1800m, rozbijając się koło drogi.  Poranna burza mocno opóźnia wyjazd, jednak słońce powraca i ruszamy w górę. Po drodze obserwujemy galopujące po górskim bezkresie konie, krowy z melancholią gryzące trawę  i stadka owiec zaganiane przez  psy. Częstujemy pasterzy papierosem, wspólnie kontemplując kolejne połoniny. „Czas na nas”, mówię pasterzowi, a ten zdaje się rozumieć i też udaje się w swoim kierunku.

Pogoda znowu się pogarsza, na szczęście pomrukiwania są jeszcze bardzo rozmyte, co znaczy że burza jeszcze daleko. Grzbiet Iezer-Papsua nie ma żadnej ścieżki, jednak trawa jest na tyle krótka, że bez problemu można jechać. W oddali widać Fogarasze i zbliżającą się ulewę. Kolejne szczyty nikną w siwej zadymie, pierwsze krople zaczynają stukać o kaski. Szybko rozbijamy namiot i w zacinającym deszczu chowamy się do środka. Pioruny rozchodzą się w chmurach,  żaden nie dociera do ziemi – dobrze, bo rozbici jesteśmy na samym grzbiecie.  Pół godziny później jest po
 deszczu, w zamian za przemoczone buty mamy przepiękną tęczę. Nie zdążymy dotrzeć na grzbiet Fogaraszy, gdzie jest refugiul, jest jednak jeszcze jeden niedaleko stąd. Musimy tylko trochę zboczyć z planowanego szlaku. Dzień kończy się, w końcu z grzbietu ukazuje się widok na kocioł polodowcowy i wymarzony schron. Przy nim... stadko pstrokato ubranych cygańskich dzieci bawiących się w dość hałaśliwy sposób. Nawet jeśli nie cygańskich, to nikomu nie chce się schodzić 300 metrów w dół, żeby to zweryfikować, pada parę "etnicznych przekleństw", zostajemy na grzbiecie. Nocleg znów w namiocie, w zamian mamy fenomenalne widoki na Fogarasze. Przed pójściem spać idę wysłać smsa na grzbiet, nagle dostrzegam że grupa Romów idzie z refugiula w naszą stronę, szacuję mniej więcej 15 osób. Mogli przecież nas widzieć, cholera! I chyba nie idą po papierosa. Jest zmierzch, jesteśmy zdani na siebie i sporą butlę gazu pieprzowego (na niedźwiedzie, nie Cyganów). Reszta ekipy wyłazi ze śpiworów, robi się nerwowo – po oni idą do nas niemal po ciemku? Może zmienią kierunek? Czuć spore podenerwowanie, staramy się zachować spokój. W zupełnej ciemności grupa dochodzi do nas - gotowych na najgorsze. Nie widzą nas. Szczeknął pies. Wsłuchuję się w rozmowę – to jednak rumuński język.

„Salut! Ce face?” - rzucam w mroku

Stado groźnych ludzi okazuje się obozem przygodowym dla dzieci 12-16 lat, idzie z nimi dwójka dorosłych opiekunów.  Napięcie opada, Explomuntenia idzie sobie na szczyt Iezer popatrzeć na nocne widoki. W zadupiastych rumuńskich górach, gdzie pojedynczych turystów spotyka się raz na kilka dni, poznajemy ekipę ludzi bardziej zakręconych od nas. Ulegliśmy własnym lękom, jednak widząc z dużej odległości grupę 8 dzieci i żadnych dorosłych dużo bardziej prawdopodobne było założenie, że to Romowie (którzy często w tych górach zbierają borówki na handel) niż turyści. A zwłaszcza obozy.

Iezer-Papusa i Fogarasze łączy niezalesiony grzbiecik z nieźle wydeptanym szlakiem, jednak sam początek zejścia ze szczytu Rosu (2469m) to przeciąganie roweru po rumowisku skalnym. Przy okazji odkrywamy że rower można pchać nie tylko w górę ale i w dół, oczywiście przez kosodrzewiny. Przekleństwa padają soczyste i głośne, i tak nikt raczej nas nie zrozumie (o ile usłyszy). Dalej idzie lekko, mijamy Cyganów-borówkarzy. Niestety, w miejscach, gdzie robią sobie posiłki, zostawiają masę rozrzuconych śmieci, które są rozwlekane dodatkowo przez zwierzęta.  Chwila nieuwagi i wpuszczamy się w szlak, po którym zostały już tylko oznaczenia – ścieżka przeniosła się naturalnie kawałek dalej, my straciliśmy masę sił i godzinę czasu na przedzieranie się przez kosówkę. Obserwujemy mały pożar, który konsekwentnie od kilku dni trawi zarośla na przeciwległym zboczu. I nie jest to piorun a działanie pasterzy, którzy walczą z roślinnością wkraczającą na „ich” pastwiska, co rusz mijamy wypalone punktowo jałowce. Będąc wreszcie w Fogaraszach chcemy rozbić się na nocleg, zwłaszcza że czuć zmęczenie, a dzień się  kończy. Jest wietrznie i zimno, w oddali widać transylwańską nizinę, gdzie pewnie wciąż jest koło 30 stopni. Jednak refugiul nie zachęca do noclegu, szybko zjadamy więc jeden liofilizat na czterech i pozawijani w goreteksy ruszamy do kolejnego schronu oddalonego o około 1.5 godziny. Niczym Papaye po szpinaku  dostajemy nowych sił i pniemy się po dość skromnym, acz kalorycznym posiłku w górę, 200 m wysokości pada w 20 minut. Przed nami otwiera się widok tak malowniczy, że już nikt nie pamięta o zmęczeniu, zwłaszcza że ścieżka jest idealna do  jazdy. Wspaniały singielek po całym dniu prowadzenia, ewentualnie szarpanej jazdy to chwila, dla której warto było tyle walczyć.  Na nocleg docieramy po zaledwie godzinie, gęby roześmiane od zjazdu i widoków. Schron przytulny, pasterz, któremu spłoszyliśmy owce, pokazuje źródełko. Liofilizat „Chili con Carne” lepiej brzmi niż smakuje, ale doskonale syci. Kolejny dzień będzie najtrudniejszym na naszej trasie.. Gdybamy czy może pasterze nie są znudzonymi milionerami którzy postanowili rzucić wszystko i oderwać się od rzeczywistości.

Poranne słońce oświetla 4 rowerzystów spokojnie niosących rowery w paszczę fogaraskiego lwa. Chwilami można jechać, ba! nawet dobrze się bawić! Niestety zarówno pogoda, przejezdność szlaku jak i morale zaczyna stopniowo spadać. Siąpi deszcz, szlak przestał nadawać się do jazdy, a my w sporej ekspozycji pchamy lub niesiemy rowery by dotrzeć pod Moldoveanu. Ostatnie podejście wygląda jakby była potrzebna asekuracja, to jednak wynik perspektywy, która w górach potrafi płatać figle. Mgły przelewają się przez grzbiet, tylko chwilami góry wstydliwie odsłaniają swoje fragmenty, by po chwili znów zniknąć w kompletnym mleku. Murowany domek wielkości garażu to nasze schronienie. Jak się okazuje, liczy na to około 30 osób, które kolejno docierają w sypiącym śniegu z deszczem. 15 szczęśliwców (w tym my) zostaje w  zagrzybionym i wilgotnym wnętrzu, reszta rozbija namioty nieopodal. Jest wściekle ciasno, ale przyjemnie ciepło. W międzyczasie przez okolicę przechodzi  jeszcze stado owiec, częstujemy zziębniętego pasterza herbatą. Opowiadając o naszych planach i dokonaniach wspólnoclegowiczom widzimy podziw i przerażenie zarazem.  Następnego dnia, ci, którzy schodzą na dół, zostawiają nam jedzenie i życzą powodzenia. Ale jakoś bez przekonania.


Wyniesienie rowerów na szczyt na Vistea Mare (dwuszczyt z Moldoveanu, 2527m) to pestka, potem trzeba je sprowadzić blisko kilometr (wysokości!) w dół, bowiem szlak jest o wiele lepiej wyznaczony niż wydeptany. W zasadzie w ogóle brak śladów turystów. Dopiero na ok. 1500m zaczyna się droga dnem doliny, którą docieramy nad jezioro Vidraru przy trasie transfogaraskiej.   160-metrowa betonowa ściana trzyma tę masę wody w wąskim gardle doliny, to jeden z szalonych pomysłów inżynierów poprzedniego systemu. Przy tamie kwitnie turystyka po rumuńsku pt.: dojeżdżamy samochodem, wychodzimy, palimy peta, jemy kukurydzę z grilla, robimy zdjęcia i hop do samochodu. Rumunia nie zmaga się z problemem rozdeptanych na szerokość 20m szlaków w górach, 99% turystów to właśnie samochodowi oglądacze. By nie tracić wysokości zmierzamy na zachód wynalezioną na zdjęciach satelitarnych szutrówką. W zupełnej dziczy, koło bacówki otoczonej przez krowy spotykamy Polaków, którzy też podróżują na rowerach, ale z sakwami.  Wspólne wieczorne ognisko, czekolada z Polski. Siąpi deszcz. Psy pasterskie natychmiast akceptują nasze namioty jako element gospodarstwa, więc gdy nocą pojawia się  blisko niedźwiedź, śpimy spokojnie. Psy z wściekłym ujadaniem pędzą w las, dochodzą dźwięki, których na co dzień nie słychać z lasu.
Rano pasterze próbują jeździć na naszych rowerach, my próbujemy ich sera i mleka. Jeden z nich chce nawet kupić telefon komórkowy, ale uprzejmie odmawiamy. Dzień upływa na jechaniu szutrem i asfaltem. Świnie luźno pasą się przy drodze, ludzie pozdrawiają nas zza płotów. Konsekwentnie nie pijemy piwa w kawiarenkach, by nie „zmulić”, bo asfaltu jest około 40 km i to cały czas minimalnie pod górę – lepiej wypić wyśmienitą kawę pośród brudnych i zarośniętych drwali sączących piwo. Mija nas koparka wioząca krowę w łyżce z przodu. Drwale nawet nie przerywają rozmowy. Co ciekawe -  w Rumunii w największej mordowni czy najbrzydszej budzie z hot-dogami przy dworcu gdy zamówić kawę – dostajemy wyśmienity, aromatyczny wywar z ekspresu ciśnieniowego, płacąc równowartość 1.5zł.

Po tygodniu „higieny wybiórczej” korzystamy w noclegu w małym pensjonacie w Ciungetu, by zmyć pot i uprać ciuchy. Właściciel traktuje nas bardziej jak swoich gości  niż klientów, wieczór upływa przy miłych rozmowach.


Najwygodniejsza droga wjazdowa, jeżeli trzeba nią pokonać 1,5 km w pionie w końcu zaczyna wykańczać. Góry Parang atakujemy od wschodu drogą Strategica. Temperatura konsekwentnie spada i mimo bezchmurnego nieba jedziemy zawinięci w wiatroszczelne kurtki i spodnie. I znów widać nieskończone pasma górskie, powoli zanikające z kolejnym planem. Z daleka widać grupę samochodów zaparkowanych na łące, koło nich namioty – na szybko zakładamy się, czy to Polacy czy Cyganie (bo mamy podobne zwyczaje podróżowania), jednak dochodząca skoczna muzyka rozwiewa wątpliwości. Ot, zwykły tabor, ale już w kamperach, a nie furmankach. Świat idzie do przodu.


Jest wściekle zimno i bardzo wietrznie, namiot ukryty niecce i obłożony kamieniami daje dobre schronienie. Mimo to noc jest niespokojna, a wilgoć ze ścian spada na twarz za każdym poruszeniem tropiku. Rankiem witają na ciekawskie krowy wsadzające łeb do środka.
 Krótki przejazd drogą Transalpina (kolejne szaleństwo Ceausescu) ze świeżym asfaltem to tylko chwila, potem rower znów ląduje na plecaku, a my powolnym ale stałym tempem pniemy się do góry. Jest bezchmurnie, kolory są soczyste, a widoczność wspaniała. Ścieżka całkiem nieźle wydeptana, jazda to czysta przyjemność. Spora już wprawa w noszeniu rowerów powoduje, że nawet krótkie podejścia, gdzie rower można prowadzić robimy wrzucając go na grzbiet. Parangul Mare (2503m) zdobywamy popołudniem, stąd dość wygodny zjazd do refugiula Carja. Mały domek przyklejony do skał ukazuje się w dole, do pokonania jest jeszcze kilkadziesiąt agrafek, przez kilka z nich sprowadzamy rowery – sił już zaczyna brakować. Mimo chłodu staram się jeszcze jak najdłużej chłonąć przepiękny widok pomarańczowego nieba po zachodzie słońca z migocącymi daleko w dole światłami miasta Petroszany. Niestety, Carja to domek wybudowany z kamieni bez zaprawy (więc ażurowo), do tego brak pryczy zmusza nas do rozłożenia się na ziemi. Karimaty położone na klepichu nie izolują mimo dodatkowej folii nrc, a śpiwory są wilgotne po poprzedniej nocy.  Do tego naciera na nas natura – myszy skrupulatnie szukają jedzenia, w końcu dobierając się do worka ze śmieciami.


Wczesna pobudka po zimnej nocy – musimy zjechać do miasta 1.5km niżej. Krótka jazda singlem do ośrodka narciarskiego, dalej już szuter i asfalt. Temperatura rośnie, jednak i tak palce w rękawicach są tak zgrabiałe, że trudno coś chwycić. Bilety do Busteni kupione, kasjerka płynnie mówiąca po angielsku, jedna przesiadka po drodze. „Jakby ten pociąg się spóźnił, to się przesiądziecie na kolejny i też dojedziecie”. Tak właśnie się dzieje, jednak ten „kolejny pociąg” to już inna spółka handlowa. Wiemy wreszcie, co czują obcokrajowcy w polskich kolejach. Szczęśliwie pan w kasie wykazuje dobrą wolę i stara się „przebukować” bilety na właściwy pociąg. Trwa to półtorej godziny, zbiera się pięcioosobowe konsylium kolejarskie, wykonane zostaje mnóstwo telefonów do Braszowa, Bukaresztu i pewnie Waszyngtonu. Dostajemy plik dokumentów, na peronie jeszcze czeka z nami kolejarz z glejtem dla konduktora, ten jednak wie o sprawie już dużo wcześniej. „Put your bikes here” pada, nim jeszcze pociąg całkowicie się zatrzymuje. Trafiamy na Intercity, podróż upływa towarzystwie „klasy średniej”, choć woniejemy jak margines społeczny.

Już po ciemku pędzimy w dół tiro-stradą do Busteni, byle zdążyć przed falą ciężarówek po 23. Przy  zatoce z ławkami i parkingiem do odpoczynku kierowców ogromny niedźwiedź wyjada z kosza resztki jedzenia.  Borówki są mniej kaloryczne niż resztki pizzy.